Polskie wędkarstwo to zjawisko, które od ponad stu lat rozwija się, ewoluuje, przechodzi kryzysy i odradza się na nowo. A jednak mimo upływu dekad, zmian ustrojowych, technologicznych i społecznych, wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami, które opisywano w prasie wędkarskiej już w latach 50. XX wieku. Dlaczego tak się dzieje? Co poszło nie tak? I dlaczego środowisko wędkarskie, mimo ogromnego postępu, nadal funkcjonuje w realiach rodem z minionej epoki?
Polskie wędkarstwo. Szkic historyczny. Jak to się zaczęło?
Wędkarstwo w Polsce zaczęło formalizować się w drugiej połowie XIX wieku. 13 lipca 1879 roku powołano Krajowe Towarzystwo Rybackie (KTR) z dr. Maksymilianem Nowickim na czele. Był to pierwszy poważny krok w stronę zorganizowanego zarządzania wodami i popularyzacji wędkarstwa jako aktywności rekreacyjnej.
W 1907 roku w Krakowie zarejestrowano Towarzystwo Miłośników Sportu Wędkowego (TMSW), choć działało ono nieformalnie już od 1904 roku. Wędkarstwo, początkowo elitarne i dostępne głównie dla najbogatszych warstw społeczeństwa, szybko przenikało do różnych warstw społecznych. Powstawały lokalne organizacje, koła i stowarzyszenia. Wędkarstwo stawało się masowe.
Druga wojna światowa brutalnie przerwała ten rozwój. Po wojnie próbowano reaktywować przedwojenne struktury pod szyldem Związku Sportowych Towarzystw Wędkarskich (ZSTW). Wznawiano nawet wydawanie czasopisma „Wiadomości Wędkarskie”.
Jednak nowa władza ludowa nie tolerowała niezależnych organizacji o sanacyjnym rodowodzie. We wrześniu 1949 roku ZSTW zawieszono, a jego majątek przejęli kuratorzy. Finał nastąpił 19 marca 1950 roku podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów w Warszawie. Podjęto wtedy uchwałę o likwidacji ZSTW i utworzeniu Polskiego Związku Wędkarskiego (PZW). PZW od początku był tworem scentralizowanym, w pełni podporządkowanym państwu i wpisanym w gospodarkę planową. To piętno ciągnie się za nim do dziś.
Powojenne traumy i dzisiejsza rzeczywistość
Przeglądając powojenną prasę wędkarską, materiały kronik filmowych i archiwalne dokumenty, uderza jedno: problemy sprzed 70 lat są dokładnie tymi samymi, z którymi zmagamy się dzisiaj. Stanowią one twarde i niezaprzeczalne poparcie faktów o systemowym zastoju.
Walka z kłusownictwem
W oficjalnym organie prasowym związku z tamtych lat czytamy optymistyczne zapowiedzi:
„[…] powiększenie straży rybackiej o 450 ludzi w 1951 r. zmusi kłusowników do zaprzestania uprawiania niedozwolonego procederu, uchroni rybostan rzek od dalszej dewastacji i wpłynie dodatnio na podniesienie stanu zarybienia rzek.”
(WW, R. VIII, nr 1-2, 1951, s. 2)
Minęło siedem dekad. Mamy rok 2026. Kłusownictwo ma się świetnie, a Straż Rybacka nadal działa na pół gwizdka. Chroniczne braki kadrowe, niedofinansowanie i przestarzały sprzęt sprawiają, że problem nie tylko nie został rozwiązany, ale w wielu regionach kraju wręcz się pogłębił.
Zanieczyszczenia i zatrucia wód
Już na początku lat 50. na łamach prasy alarmowano o dewastacji środowiska przez brak osadników przy zakładach przemysłowych i masowe zatrucia:
„Ważnym jest również fakt zanikania w naszych wodach wysokowartościowych gatunków ryb jak: łosoś, pstrąg, lipień, a nawet szczupak, który jest bardzo pożądaną rybą w niektórych rzekach nizinnych.”
(WW, R. VIII, nr 1-2, 1951, s. 3)
Kolejne dekady przyniosły pogłębienie tego dramatu. Wydanie Polskiej Kroniki Filmowej z 1968 roku (PKF 1968) wprost piętnowało bezmyślność ekologiczną, masowe mycie samochodów bezpośrednio w rzekach oraz toksyczne zrzuty ścieków. To właśnie w materiale PKF 1968 narodziły się słynne, ironiczne określenia opisujące stan ówczesnej ichtiofauny: „fenolowe okonie” i „naftowe sumy”. Dziś, pomimo transformacji, unijnych obostrzeń i deklaracji o ochronie środowiska, katastrofy ekologiczne wracają regularnie, czego dowodem są powtarzające się zatrucia Odry, Wisły oraz mniejszych rzek.
Presja wędkarska i odłowy sieciowe
Materiały PKF 1968 pokazują również gigantyczną, wręcz przytłaczającą presję na łowiska. Wędkarze siedzieli nad wodą metr w metr, a o przełowieniu i pustych wodach mówiono już wtedy. W tym klimacie narodziło się popularne i przypisywane później z błędem Lechowi Wałęsie powiedzenie: „Gdyby w wodzie były ryby, wędkarstwo straciłoby sens”, które w oryginale kwitowano trafnym komentarzem, że „najbardziej ponętne są te cele, które w ogóle nie istnieją”.
Sytuację pogarszał fakt, że PZW od początku istnienia musiał realizować odgórne plany gospodarcze i dostarczać Centrali Rybnej określone kontyngenty:
„Niemniej jednak zaplanowany przez Ministerstwo Rolnictwa i RR kontyngent ryby handlowej będzie wykonany i poważne ilości ryby konsumpcyjnej zostaną dostarczone Centrali Rybnej. W globalnej sumie masa towarowa wzrośnie o 2500 ton. Pozwoli to na rzucenie na rynek ponad 2000 ton ryby konsumpcyjnej, bez uszczerbku dla gospodarki rybnej.”
(WW, R. VIII, nr 1-2, 1951, s. 2)
Komercyjne odłowy sieciowe na wodach PZW, zapoczątkowane w czasach PRL, przez dekady niszczyły potencjał turystyczny i rekreacyjny polskich wód. Co najgorsze, w wielu miejscach ten proceder trwa do dzisiaj.
Kasa musi się zgadzać
Związkowa centrala od samego początku pilnowała stabilności swoich wpływów finansowych. W artykule wstępnym dotyczącym założeń Planu 6-letniego (WW, R. VIII, nr 1-2, 1951, s. 1) oraz w dalszych wytycznych redakcja otwarcie apelowała do podległych kół, aby te na walnych zebraniach nie obniżały składek członkowskich:
„Obniżenie składek, a przede wszystkim dopłaty za spinning, ograniczające w znacznej mierze działania PZW na udział w rzekach.”
(WW, R. VIII, nr 1-2, 1951, s. 3)
Obiecywano, że te wysokie opłaty przełożą się na rozwój baz zarybieniowych i wylęgarni, których zdolność produkcyjna do 1955 roku miała wzrosnąć o 100%. Gdyby te szumne zapowiedzi się spełniły, dziś zagraniczni wędkarze masowo przyjeżdżaliby na polskie łowiska. Rzeczywistość okazała się jednak odwrotna. To Polacy masowo uciekają szukać rybnej przygody w Szwecji, Norwegii, Finlandii, Chorwacji czy Holandii.
Wnioski. Co poszło nie tak?
Analiza historyczna jednoznacznie dowodzi, że od lat 50. ubiegłego wieku w polskim wędkarstwie cyklicznie powtarzają się te same, nierozwiązane problemy systemowe:
- Postępujące i niekontrolowane zanieczyszczenie środowiska wodnego.
- Niewydolny system walki z kłusownictwem.
- Chroniczny brak ryb w łowiskach dostępnych dla przeciętnego wędkarza.
- Stale rosnące koszty opłat i pozwoleń.
- Złe lokowanie funduszy, gdzie priorytetem staje się utrzymanie biurokracji zamiast realnej ochrony wód.
- Ignorowanie głosu i postulatów szeregowych członków przez warszawską centralę związku.
Polskie wędkarstwo. Iskra nadziei. Dobre kierunki ewolucji
Mimo głębokiego zastoju strukturalnego w systemie zarządzania, samo środowisko wędkarskie w ostatnich latach przeszło ogromną, oddolną zmianę. Ta zmiana jest wyraźna i trudno ją już zatrzymać.
Rosnąca świadomość ekologiczna sprawia, że Catch & Release staje się dla coraz większej grupy, szczególnie młodszych wędkarzy, naturalnym standardem. Wędkarze coraz częściej sami organizują się na forach i w mediach społecznościowych, przeprowadzając akcje sprzątania brzegów, ochrony tarlisk i monitoringu wód. Zmienia się też kultura nad wodą – na obleganych łowiskach komercyjnych i podczas zawodów standardem staje się dbałość o czystość, infrastrukturę sanitarną i porządek, co jeszcze kilkanaście lat temu należało do rzadkości.
Sprzęt, elektronika i techniki wędkarskie rozwinęły się w niesamowitym tempie, podczas gdy model zarządzania wodami pozostał w dużej mierze archaiczny.
Mimo wszystkich problemów mamy realną nadzieję, że właśnie ta idea wędkarstwa i rosnące zaangażowanie samych członków w końcu przełamią impas i doprowadzą do likwidacji bolączek, które od lat spędzają sen z powiek wędkarzom. Być może stoimy u progu nowej ery polskiego wędkarstwa – takiej, której ostatecznego kształtu jeszcze nie znamy, ale która może być znacznie lepsza niż to, co mamy dzisiaj.




