Kaszuby – Chlebem i solą – Wędkarskie Opowieści
Z upływem lat z różnych przyczyn coraz rzadziej zaglądałem na Kaszuby do rodzinnego Borowego Młyna. Przeważnie były to wyjazdy latem w pierwszą niedzielę sierpnia – na doroczny odpust parafialny i jesienią we Wszystkich Świętych – na groby. Na ojcowiźnie samodzielnie i samotnie gospodarował starszy brat. To właśnie samotność sprawiła , że gospodarstwo stawało się coraz bardziej „ekologiczne”, a obejście popadało w ruinę. O goszczeniu się nie było mowy. Za kontakty rodzinne musiała wystarczyć chwila rozmowy. Przy okazji odpustowego wyjazdu chętnie zaglądałem za to do kuzyna mieszkającego z rodziną na wybudowaniu w uroczej dolinie rzeki Prądzona. Niewielkiej rzeczki, ale w opowieściach rodziców pełnej dorodnych pstrągów. Mających schronienie wśród korzeni rosnących nad brzegiem olch. Współczesne bagrowanie i zrobiona przy tym wycinka drzew zniszczyła ich siedliska. Prowadzone zarybienia w tej sytuacji niewiele dały. Gospodarowanie na kaszubskich piaszczystych górkach było i jest nie lada sztuką. Kuzyn sobie radził. Podobnie jak wcześniej jego ojciec. Dorabiając pracą w lesie. Zaś po transformacji gospodarczej jako przedsiębiorca – świadcząc usługi na rzecz Lasów Państwowych. Jak powiadał, bywały lata, że utrzymywał gospodarstwo z dochodów z pracy poza rolą. Również kilka koni – hobby i oczko w głowie gospodarza. Jak nieraz żartowałem



















